Najlepsza jakość - tylko porządna firmówka!

Najlepsza jakość - tylko porządna firmówka!


 Nie wiem czemu w Naszym społeczeństwie utarło się, że jeśli chcesz się pochwalić porządną jakością ubrań, butów czy zabawek Twojego dziecka to muszą być one z najwyższej półki. Cenowej oczywiście! A tymczasem nie raz spotkałam się z tym, że skuszona pięknym wyglądem ciuchów na sklepowym wieszaku, już żałowałam zakupu wraz z pierwszym praniem. Szwy się prują, guziki często odpadają, materiał się przeciera. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy nie tylko sobie, ale i Hance zdążyłam przerobić już po kilka bluzek, głównie z uwagi na pękające szwy właśnie. Jedynie metka twardo się trzyma. Szpan musi być. Z butami zdarza się to samo! Wiesz, że najlepsze buty, które kupiłam Hance pochodziły ze zwykłych supermarketów? Tak, dokładnie! Zwracam wagę zwłaszcza na to, z jakich materiałów wykonany jest but, czy stopa oddycha, czy nic nie będzie uwierało i przede wszystkim jak miękka jest podeszwa. Jest to najistotniejsze!!!  I choć w tych samych marketach można znaleźć zatrzęsienie pięknych bucików wykonanych z samych chińskich plastików, to znaleźć te porządne też trudno nie jest. Nie żałuję ani złotówki wydanej na Hanię, ale istotna jest dla mnie jakość ubrań i dodatków oraz komfort noszenia. Nie chodzę z naklejoną metką na czole, by chwalić się wszem i wobec, że moje dziecko nosi jedynie oryginalne ciuchy. Jest to dla mnie zupełnie drugorzędna sprawa. Nie omijam innych sklepów szerokim łukiem, ale nienawidzę myśli, że wyrzucam pieniądze w błoto.  Wyznaję zasadę, że jak już kupić, to coś, co będzie długo służyło i jednocześnie cieszyło oczy. Tu naprzeciw wychodzi rodzicom pewna znana wszystkim niemiecka sieć dyskontów.








Pamiętam moją pierwszą wizytę grozy w Lidlu. Byłam jeszcze w ciąży, gdy w gazetce zobaczyłam promocyjną cenę na sprzęt sportowy. Kierowana silną chęcią dbania o sylwetkę podczas ciąży i zielonym światłem od pani doktor, postanowiłam pojechać na i poczynić stosowne zakupy. Dojechałam na miejsce tuż przed 8 nad ranem. Nim zdążyli otworzyć sklep ustawiła się kolejka licząca około kilkadziesiąt osób! Tak dokładnie było. Przyznam, że wtedy nieco zwątpiłam, zwłaszcza, że przede mną ukazała się wizja stratowania :) Ostatecznie do sklepu weszłam i zdążyłam w locie, jak na możliwości ciężarnej przystało, porwać zestaw, który mnie interesował.
Gdy urodziła się Hania przy okazji jakiś domowych zakupów trafiliśmy z mężem na kolekcję ubranek dziecięcych. Uwierz mi, byłam bardzo miło zaskoczona! Piękne kolory, wzory, spory wybór i co najważniejsze ani razu, bez względu na ilość prań, nic się nie popruło. 
Gdy kilka dni temu dotarła do Nas paczka ubranek dla Hani z kolekcji Lipilu Bio, nie byłam zaskoczona ani trochę. Utwierdziłam się jedynie w przekonaniu, że w markecie także można znaleźć istne perełki. Każde ubranko ślicznie zapakowane. Wszystkie w pięknych cieplutkich i stonowanych kolorach, tak, że pasują zarówno dla dziewczynek i chłopców. Mięciutkie, wygodne! Nie wiem jeszcze jak się będą zachowywały po praniu, jednak coś mi mówi, że wcale nie muszę się obawiać!





A Ty znasz już te produkty? Skupiłaś się już kiedyś na zakup? Niech nie przerażają Cię te niekończące się kolejki. Warto nastawić czasem budzik nieco wcześniej i poprzepychać się łokciami z innymi głodnymi zakupów. Ja tam nawet lubię tą nutkę adrenaliny od czasu do czasu :)
Tu za ubrankami dodatkowo przemawia nie tylko jakość samego materiału i ładny efekt końcowy, o czym już wspominałam. Ale także sam sposób wykończenia. Sama szyję i zwracam uwagę na takie małe detale, i muszę przyznać, jak rzadko, że tutaj należy się producentowi wielki plus. Jeszcze się do tej pory nic nie pruło. Bez znaczenia czy kupione dla Hani, czy dla nas dorosłych. Sprzęt sportowy też działa już od kilku lat po dziś dzień nie trzeba była poprawiać. No a kupując czy to ubrania, obuwie, meble, sprzęty sportowe czy cokolwiek innego chyba o to właśnie każdemu chodzi. By można była korzystać z tego jak najdłużej, a nie przy pierwszej lepszej okazji wymieniać na nowszy model. My jesteśmy zdecydowanie na tak i zachęcamy Cię do śledzenia oferty sklepu!
Magiczna rzeczywistość - zobacz już dziś!

Magiczna rzeczywistość - zobacz już dziś!


Aktywny koniec lata
Nieubłaganie zbliża się koniec wakacji. Dni stają się coraz krótsze. Noce i poranki coraz chłodniejsze. A ostatnie dni uciekają w takim pędzie, że nie wiadomo, które plany jeszcze uda się zrealizować. Koniec lata staramy się każdego roku wykorzystywać tak aktywnie, jak tylko się da. Słonecznych dni jakby mniej, więc tym większy apetyt, by nie stracić ani chwili.
Piękną sobotę ostatniego weekendu postanowiliśmy spędzić w Magicznych Ogrodach. Przeglądając stronę i zamieszczone tam zdjęcia magiczny pejzaż aż kłuł w oczy. Pięknie, kolorowo, wyjątkowo. Byliśmy ciekawi, czy faktycznie komuś udało się tak cudowny świat przenieść do rzeczywistości i czy czar nie pryśnie tuż po przekroczeniu magicznych bram.


Magiczna rzeczywistość
Dojechaliśmy. Po przekroczeniu wejścia, w oczy rzucił się nam wszystkim wieeeeeelki tłum ludzi i dzieci. Pełni wątpliwości czy uda nam się na spokojnie zwiedzić każdy kąt, ruszyliśmy dalej.
Hanka od razu postanowiła samodzielnie wytyczyć nam kierunek zwiedzania, wąchając przy tym każdy napotkany kwiat oraz witając się z każdym mijanym dzieckiem po drodze. Była w siódmym niebie!!! Atrakcjom nie było końca, między innymi: Wydarzeniowisko, Wrzosowiska, Zagajnik, Drzewo Skrzata, Różanka, Kuchnia Bulwiaków, Machewkowe Pole, Kwiatowa Dolina, Smocze Gniazdo czy Wodny Świat. Każde z tych miejsc bajkowo zachęcało do zabawy. Niby nic nadzwyczajnego, a przedstawione w fajny, kreatywny sposób, mocno przykuwający uwagę dzieci. Dla tych, którzy chcieli się nieco ochłodzić był wygospodarowany staw z kawałkiem plaży i kurtyny wodne. Dookoła słychać było radosne, krzyki i piski, w tym i Hanki oczywiście. A całości dopełniała cicho rozbrzmiewająca w całym ogrodzie muzyka w tle.
Z nadmiaru wrażeń, mieliśmy problem żeby Hanka położyła się na drzemkę! W takim miejscu zupełnie nie to jej było w głowie. Po półgodzinnej walce jednak skapitulowała. My zaś mogliśmy sami przetestować niektóre z atrakcji :) Wielka zjeżdżalnia, huśtawki, strzelanie z łuku, Mordole, Krasnoludzki Gród - no proszę Cię, jaki dorosły nie wpadł by w wir wielkiej zabawy! My daliśmy się porwać bez dwóch zdań.
Po dwóch godzinach wybudziliśmy nieco Hanię, żeby miała szansę się jeszcze pobawić. Zdążyła w sam raz na wielki taniec wróżek. Była tak zauroczona tym, co widziała, że stała z otwartą buzią i przebierała nogami, nie mogąc się uspokoić. Skakała, szalała, tańczyła. Udało nam się jeszcze zobaczyć show jazdy konnej, zaliczyć karuzelę, kilka fontann i przede wszystkim Robankową łąkę - zdecydowany faworyt Hanki!









Emocje na dłoni
Spędziliśmy tam prawie cały dzień. Wychodząc mieliśmy mały niedosyt. Jeszcze kilka godzin by się przydało. I pomyśleć, że jadąc tam miałam wielkie obawy czy niespełna półtoraroczny maluch nie zanudzi się tam i nie będzie trzeba wracać dużo wcześniej do domu. Tymczasem najlepszą zabawę mieliśmy właśnie wszyscy razem!
Wielkie brawa dla tego, kto wpadł na tak genialny pomysł i wszystko zaprojektował. Magiczna atmosfera, mnóstwo zieleni, miejsca do odpoczynku i piknikowania, wspaniałe fontanny i strumyki, baśniowe stwory, wróżki, dookoła piękne łąki, atrakcje i dla dzieci i dla dorosłych. Uwielbiam takie miejsca. Pierwszy raz widziałam u mojego dziecka tak wiele emocji. Tak wielką radość. To było wspaniałe!!! Pokazać dziecku świat bajki w realnym świecie, a nie tylko w książce na kolorowych kartkach to niebywałe! Oby tylko było więcej takich miejsc jak to. My tam jeszcze powrócimy :)



#myfirst7jobs - podobno żadna praca nie hańbi!

#myfirst7jobs - podobno żadna praca nie hańbi!


Pierwsza praca
U jednej z blogowych koleżanek natknęłam się na hasztag #myfirst7jobs, czyli o tym jak wyglądało moje pierwsze 7 prac zarobkowych. Większość podobnych akcji zazwyczaj nie kręci mnie na tyle, żeby brać w nich udział, ale ta jest zupełnie inna. Nigdy nie oceniałam ludzi po tym, gdzie pracują. Uważam, że praca w markecie, ubojni, czy też jako kelnerka nikomu nie uwłacza w żadnym stopniu. Każda praca ma szansę Ciebie czegoś nauczyć. W każdej pracy masz szansę poznać cząstkę siebie, o której dotąd nie miałaś/eś totalnego pojęcia. Nie każdy rodzi się w rodzinie, w której rodzice i ich ustawieni znajomi otwierają szeroko ręce i podają jak na tacy szeroki wachlarz z ofertami pracy i kilkoma tysiącami miesięcznie do kieszeni. ALE! Każdy, tak Ty też, masz szansę własną ciężką pracą i doświadczeniem znaleźć pracę, która będzie nie tylko satysfakcjonowała Cię finansowo, ale również będzie tą, którą będziesz uwielbiać. Choć droga do tego może być czasem wyjątkowo długa, kręta i wyboista, to na pewno jesteś w stanie to osiągnąć.

W domu nigdy się nie przelewało. Nie miałam takich luksusów jak kieszonkowe. Sama musiałam zadbać o to, żeby zarobić na wyjścia z koleżankami i kolegami. Choć czasem zazdrościłam znajomym, to zaciskałam zęby i cieszyłam się z każdej możliwości zarobienia pieniędzy. Ambitny charakter, upór, konsekwencja i spryt tylko mi w tym pomogły. Pierwszy raz zaczęłam zarabiać regularne pieniądze, gdy byłam na przełomie gimnazjum i liceum. 

Sprzątaczka
Znajomi rodziców poszukiwali sprzątaczki do domu. Duży domek jednorodzinny. Szukali na już, poprzednia osoba odeszła nagle. Nie zastanawiałam się ani chwili. Z zapałem zaproponowałam, że mogę przychodzić. Choć propozycja im słabo pasowała, to zgodzili się wziąć mnie na próbę. Przychodziłam do nich kilka miesięcy, raz czasem dwa razy w tygodniu. Dodatkowo przed różnymi świętami obskakiwałam innych znajomych i myłam okna. Praca nie sprawiała mi jakiś strasznych trudności. Jeden dzień w tygodniu z miłą chęcią się męczyłam, żeby móc odkładać kasę na przyjemności :)

Zbieranie truskawek
O 4 rano wyjazd na pole. Od 5 zbieranie truskawek. Tłum ludzi, każdy jak najszybciej pędzi do krzaczków i zbiera truskawki. Nie mogą mieć dodatkowych listków, muszą być wszystkie dojrzałe, bez ogonków, same piękne czerwoniutkie z szypułkami. Płacili jakieś grosze od jednej łubianki. Pamiętam jak stanęłam na środku tego pola i z ogromnym podziwem patrzyłam na oko na 70 letnią (może nieznacznie młodszą) staruszkę, która zbierała te truskawki z taką szybkością, że sama tego nie byłam w stanie ogarnąć. Jak mały robocik. Ta praca miała być na całe wakacje. Jako jedna z wielu, których się podejmowałam, skończyła się szybciej niż przypuszczałam. To zdecydowanie nie było dla mnie.

Merchandiser
Czyli nic innego jak zwykły pracownik w markecie wykładający towar na półki. Wakacyjna praca między jedną klasą technikum a drugą. Dzień w dzień od samego rana do ostatnich minut wykładanie towaru na półki. Przekładanie. Układanie od nowa. Ściąganie przeterminowanych produktów i różne inne zajęcia. I jedna 15 minutowa przerwa na cały dzień. Niby nic trudnego, ale po całym dniu pracy wracałam tak zmęczona, że nie miałam już siły. Po dwóch tygodniach się nieco przyzwyczaiłam. Otuchy dodawał fakt, że byłam tam razem z koleżanką. Zawsze to przynajmniej jest do kogo buzię otworzyć. Najgorszym wspomnieniem była dla mnie inwentaryzacja. Liczenie trwało bez końca. Pomyliłam się, trzeba było liczyć od nowa. Coś się nie zgadzało, liczysz jeszcze raz. Czegoś brakuje, trzeba przetrząsnąć wszystkie półki i to znaleźć. Czas stał w miejscu a ja modliłam się, żeby wybiła już 6 rano.

Roznoszenia ulotek
W roku szkolnym możliwość pracy była jedynie w weekendy. Szukałyśmy więc razem z koleżankami w pobliżu naszego miasta ofert pracy. Najwięcej było ulotek. Po wstępnym przeanalizowaniu, gdzie nam najłatwiej dojechać i gdzie najwięcej zarobimy, wybierałyśmy najkorzystniejsze. Gdy pogoda dopisywała nawet nie odczuwałyśmy, że to praca. Chodziłyśmy we trzy, ploty, plotki, ploteczki nie miały końca, i co chwila wrzucałyśmy tylko ulotkę do skrzynki. I w dodatku dbałyśmy o szczupłe sylwetki. Potrafiłyśmy chodzić 10 godzin, więc trochę kilometrów wychodziło.

Hostessa
Gdy roznoszenie ulotek szło coraz marniej, postanowiłam spróbować sił jako hostessa. Pojechałam raz, drugi, dziesiąty. Wciągnęłam kilka koleżanek, ale na ogół jeździłam sama. Nie mam pojęcia jakim cudem nie zgubiłam się i nie przepadłam w Warszawie, skoro potrafię zgubić się na prostej drodze :) Ale udało się. Praca bywała masakrycznie ciężka. Stałam w różnych marketach. Czasem informowałam o promocji, czasem przeprowadzałam degustację, a czasem żeby zarobić musiałam zachęcić do kupna produktu określoną liczbę osób. Bywało, że wychodziłam z domu o 6 a wracałam o 20. Zazwyczaj maraton zaczynał się od popołudnia w piątek i trwał do niedzieli. Po powrocie padałam na twarz i z bólem wstawałam w poniedziałek rano do szkoły.

Niania
Szkoła się skończyła, rozglądałam się za studiami. Wybierałam się na studia zaoczne, więc zaczęłam poszukiwania pracy. Mieszkam w mieście, w którym wybór był i jest nieco ograniczony. Zaczęłam więc pracę jako niania. Choć odpowiedzialność ogromna!, to nie bałam się. Odkąd pamiętam różne dzieci lgnęły do mnie z wzajemnością. Pomysłów na zabawę miałam setki. Postanowiłam więc, że spróbuję. Przepracowałam tak naprawdę sporo. Nie skończyło się na pilnowaniu jednego dziecka. Praca naprawdę sprawiała mi ogromną przyjemność. W międzyczasie po skończeniu jednych studiów zaczęłam drugie, pedagogiczne. Wstawałam każdego dnia z uśmiechem na twarzy. Poznałam świetne dzieciaki i ich fantastycznych rodziców. Z niektórymi kontakt mam do dzisiaj. Ogromnie miło wspominam tamten czas.

Korpetytor
Uwierzysz, że w liceum nauczycielka ledwo postawiła mi 2 z angielskiego? Choć coś tam za każdym razem mi świtało, to tak przeraźliwie się jej bałam, że język odmawiał posłuszeństwa. Ledwo potrafiłam wyjąkać jakieś słowo. Przed ostatnią klasą poszłam na kurs angielskiego prywatnie. Tak bardzo nabrałam tam pewności siebie, że w ostatniej klasie u tej właśnie nauczycielki miałam na świadectwie 4+. Była w szoku, ja z resztą też :) Po kilku latach ktoś mnie poprosił o pomoc w nauce do matury. Wyśmiałam go. Po wynikach jakie ta osoba osiągnęła na maturze osłupiałam z wrażenia. Gdzieś tam w głowie zaświtała mi myśl, że może by tak dorobić. Choć obawiałam się bardzo to chętnych nie brakowało. Przychodzą do mnie do dziś. Poprawiają swój poziom znajomości języka, czego efekty widać w szkole, zdają maturę na wysokim poziomie, a ja dzięki temu cały czas mam styczność z językiem :)

Nie wstydzę się
To tylko część tego, gdzie mnie w życiu poniosło i gdzie dane mi było pracować. Choć nie każde miejsce wspominam z miłym sentymentem, to cieszę się, że miałam okazję tam być i zobaczyć jak to jest. Dzięki temu jestem właśnie w ty, a nie innym miejscu.  Nauczyłam się szanować każdą zarobioną złotówkę. Udowodniłam samo sobie, że mam silny charakter. Że jeśli mocno czegoś chcę, to prędzej czy później uda mi się to osiągnąć. Jestem właśnie na etapie, w którym ciężko pracuję na to, by spełnić swoje największe marzenie. A nawet połączenie dwóch. Mieć pracę, która jednocześnie będzie moją pasją. I wiesz co? Malutkimi krokami wciąż przybliżam się do celu. Wiem, że to się uda. Bo dlaczego miałoby być inaczej?
Po cholerę Ci dziecko na wakacjach?!

Po cholerę Ci dziecko na wakacjach?!


Planowanie wyjazdu
Zaplanowałam wakacyjny wyjazd z rodziną. Znalazłam super miejsce, zarezerwowałam odpowiedni termin. Ufff...pierwszy najważniejszy krok był za mną. Można było odliczać dni do wyjazdu. Gdy nastał "ten" dzień, spakowani po brzegi ruszyliśmy nad polskie morze. Świadomi, że pogoda nad morzem to istna loteria. Świadomi także tego, że Hania może zachowywać się różnie. Na nic może się zdać plan dnia przestrzegany na codzień w domu, czas trwania drzemki czy też pory i ilość jedzenia. Wielka szkoda, że większość rodziców mijanych przeze mnie na ulicach nie miała takiej świadomości :(

Wakacje z dzieckiem
Na pierwszy rzut oka widać, że w tym roku postanowiło na wakacje wyjechać więcej rodzin niż zwykle. Krążą plotki, że to za sprawą 500+, nie wiem czy tak, nie dbam o to. Ja uważam, że to świetnie móc wyjechać z własnymi rodzicami na wakacje, a czy to za sprawą wyższej pensji, dodatków socjalnych czy kosztem odkładania pieniędzy przez cały rok - nie ma to dla mnie żadnego znaczenia. Sama mam możliwość wyjeżdżania na wakacje co roku, i pierwszy raz w oczy i uszy raziły mnie okropne słowa obcych ludzi kierowane do swoich dzieci. Tak, jestem wrażliwa i krzywda ludzka mocno mnie dotyka, zwłaszcza jeśli chodzi o dzieci. A taka złość, irytacja i przykre słowa jakich się nasłuchałam przez tydzień doprawdy sięgały zenitu. 






Matki drące się na pół ulicy, bo dziecko ma czelność marudzić i płakać.
Rodzice, którzy o mały włos nie powybijali dziecku zębów, bo nie chciał zjeść zupy.
Wieczne "Zaraz przyjdzie Pan/Pani i zabierze Ciebie, bo się mnie wcale nie słuchasz" - na to mam wyjątkową alergię.
Tatusiowie czy Mamy pijące jedno czy drugie piwo i raz po raz przeganiające dzieci jak uporczywe muchy. Powtarzający co chwile, dla Was atrakcją jest plaża, woda i codziennie obiad w knajpie, na głupstwa kasy nie ma. I po paru minutach słychać kolejne otwierane piwo...
Upał, żar z nieba się leje idzie mamusia jedna z drugą z gondolami. W środku na oko półroczne maluszki, może mniejsze. Ubrane po szyje, zakryte kocykiem, coś tam na głowie i do tego szczelnie zasłonięte pieluchami tetrowymi. A dwie gwiazdy na szpilkach, jakby mogły to by się całkiem rozebrały, nic by to prawie nie zmieniło i narzekają, że te wyjazdy z dziećmi to tragedia, ciągle tylko płaczą, drą czerwone ryje. Sorry, ale za każdym razem, a zwłaszcza tym ostatnim miałam ochotę podejść i w łeb dać jednej i drugiej i założyć szczelnie grubą tetrową pieluchę na ryje. A to tylko ułamek zasłyszanych i podejrzanych historii. Ludzie co się z Wami dzieje??? Czy ja no to wcześniej nie zwracałam uwagi, czy zachowanie rodziców dopiero od niedawna zaczyna przybierać tak okropne formy, na taka skalę?

Dziecko to też człowiek
Uwielbiam wyjeżdżać ze swoją rodziną. Zaczęliśmy, gdy Hania miała 3 miesiące. Do tej pory nic się nie zmieniło. Za każdym razem przeraża mnie pakowanie, bo ilość rzeczy "na wszelki wypadek" stale nie ma końca :) Za każdym razem biorę tez poprawkę na to, że Hania może nie zachowywać się dokładnie tak, jak ja sobie tego będę życzyła.
W te wakacje faktycznie drzemki się poprzesuwały totalnie, funkcjonowanie bez smoczka poszło w las, a jej nocne spanie o dziwo! przedłużyło się do godziny 9/10. Z jedzeniem nie miała żadnego problemu, zupy zjadała z apetytem, w międzyczasie domagała się owoców, chrupek czy serków. Zdarzyło się, że cały dzień nie miała apetytu i ani myślałam zmuszać ją do jedzenia. Nie ucierpiała na tym ani trochę. Gdy ja się zajmowałam nią na spacerach, podczas posiłków czy układając do snu, tatuś przejmował pieczę na plaży. Ja mogłam wtedy odpoczywać, Hanka była przeszczęśliwa mając tatusia obok siebie, chlapiąc się w wodzie czy budując babki z piasku. Każdego dnia, gdy wracaliśmy z plaży tuż przed pokojem zasypiała, totalnie wymęczona zabawą i ładowała baterie około 3 godzin. My w tym czasie mogliśmy zwiedzać, spacerować, jeść czy też odpoczywać. Padała z powrotem około godziny 22. Tak bywała marudna, tak zmienialiśmy czasem plany z tego powodu. Potrafiła płakać ot tak i trudno ją było uspokić. Jednak ani razu nie byłam na nią z tego powodu zła. Nie przyszło mi do głowy na nią krzyczeć czy wściekać się. Wiesz dlaczego? Bo to dziecko. I to dziecko tak samo jak dorosły, ma prawo do tego by mieć gorszy dzień, do tego by nie mieć apetytu lub do tego, że mu się najzwyczajniej w świecie coś nie podoba. A Ty, jako rodzic musisz to uszanować. Uwierz, Twoje dziecko nie jest tak wyrafinowane i złośliwe i nie robi tego specjalnie. Zgodzę się także z opinią, że są dzieci "łatwe - spokojniejsze" i "trudne - nieco wymagające", ale uważam, że na każde dziecko jest jakiś sposób i metoda. Do każdego dziecka da się dotrzeć i nauczyć je pewnych zachowań. Od rodzica zależy jak długa ta nauka będzie trwała i czy przyniesie oczekiwane rezultaty.

A jak jest u Ciebie? Wyjeżdżasz z całą rodziną na wakacje i wycieczki i przynosi Ci to radość czy jest wręcz odwrotnie?

 
Rodzina jak z obrazka

Rodzina jak z obrazka


Portret rodzinny
Patrzysz na swój najnowszy portret rodzinny. Co widzisz? Stoisz dumna na środku, obok Ciebie mąż, po bokach rodzeństwo, nad Wami rodzice, jeszcze wyżej dziadkowie, być może nawet pra i prapra dziadkowie, ciocie, wujki a dookoła gromadka Waszych wspólnych dzieci? Jeżeli Twój portret jest taki lub podobny to szczerze Ci zazdroszczę. Mój nawet w połowie go nie przypomina. Pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że mój to raczej zlepek przypadkowych i na pozór nie pasujących do siebie ludzi. Być może, jeśli faktycznie tak jest, zastanawiasz się w takim razie co Nas wszystkich łączy? Choć więzów rodzinnych pomiędzy wszystkimi na próżno szukać, bo znajdą się jedynie pomiędzy nędzną garstką. Wiedz, że łączy Nas coś ważniejszego - lojalność, szacunek, szczerość, uczciwość i chęć niesienia pomocy w KAŻDEJ sytuacji. 


Więzi rodzinne
Połowy swojej rodziny nie dane mi było poznać i nigdy to się już raczej nie zmieni. Być może dlatego gdzieś w głębi serce zawsze marzyłam o wielkiej, pełnej, szczęśliwej rodzinie jak z amerykańskiego obrazka. Odkąd pamiętam, gdy stałam się już odpowiedzialnym, w pełni świadomym członkiem rodziny starałam się by każdy czuł się ważny. Choć robiłam to na swój sposób, nie zawsze w pełni słuszny, to jednak chęci miałam ogromne. Pamięć nie pozwalała mi zapomnieć o urodzinach czy imieninach. Nawet jeśli nie miałam pracy, to zawsze udało mi się odłożyć jakieś zaskórniaki i kupić choć drobiazg. Ta świadomość, że jest obok Ciebie ktoś, kto o Tobie pamięta, jest wspaniała i to właśnie chciałam pokazać bliskim. I tak mijały sobie lata, a moja naiwność stale rosła. Do czasu, gdy rok, drugi, a potem trzeci i kolejne najbliżsi zapominali o mnie. Im bardziej starałam się nie brać tego do siebie, tym bardziej bolało. Na przykład urodziny czy imieniny - na próżno czekać na życzenia od większości członków rodziny. Choć zdarzały się wyjątki i nagle raz na 5 lat - bach! życzenia. Nie raz, nie dwa słyszałam od różnych ludzi jaka naiwna jestem, że powinnam przejrzeć na oczy. I być może nie stałoby się to nigdy, ale na świecie pojawiło się moje dziecko. 
Moje dziecko, które np. po porodzie swoje najbliższe ciocie czy wujków widziało w przeciągu roku tyle razy, że udałoby się zliczyć na palcach jednej ręki. Moje dziecko, które nie zasłużyło na to, by najbliższe ciocie i kilka innych osób z owej "najbliższej rodziny" pojawiły się na jej pierwszych urodzinach, bo przecież mieli ważniejsze rzeczy do roboty. Najbliższe osoby, które wiedząc, że potrzebuje pomocy umywały ręce jak najdalej się da, udając, że ich to nie dotyczy. Telefon, sms, dobre słowo? - To dla nich też zbyt wiele. Bardzo dużo doświadczonych mam mówiło mi, że po porodzie człowiek potrafi się zmienić o 180 stopni, że patrzy się na niektóre rzeczy z zupełnie innej perspektywy. I tak się stało, urodzenie swojego pierwszego dziecka pozwoliło mi skutecznie przejrzeć na oczy!


Patchworkowa rodzina
Od porodu Hani minął rok i trzy miesiące. Od około pół roku, w końcu zaczęłam szanować siebie i przestać się narzucać własnej rodzinie. I o dziwo moja wrażliwa natura ani trochę na tym nie ucierpiała! Wręcz przeciwnie, jest mi zdecydowanie lżej. Choć wokół mnie jest jedynie garstka ludzi, z którym łączą mnie więzi rodzinne, to jest także spora grupa z pozoru obcych ludzi. Z niektórymi los nas zetknął już w czasach szkoły podstawowej czy studiów, jeszcze inni poznani zupełnie przypadkowo, zupełnie nie wiadomo skąd się wzięli i jakim cudem doszło do naszych spotkań. A jednak to do nich mogę zadzwonić o 12 w nocy, gdy dzieje się coś złego. To o nich myślę, gdy szukam prezentów gwiazdkowych czy zaznaczam daty urodzin w kalendarzu. To wreszcie ONI są dla Hani ciociami i wujkami, których widzi na co dzień. Oni klepią mnie po plecach mówiąc Marta - odwaliłaś kawał dobrej roboty, trzymamy kciuki dalej. Albo podają chusteczki, czekoladę lub wino na osłodę mówiąc - "masz płacz, jutro będzie lepiej". Oni słuchają moich żali, wiedzą ile nocy nie przespałam przez ząbkującą Hanię czy podtrzymują na duchu i motywują do dalszych działań.  Czasem się nie zgadzamy, czasem się kłócimy, czasem siedzimy i śmiejemy do rana, taaak mam tak nawet z teściową! :) - ale nigdy o sobie nie zapominamy. Każdy z Nas ma pracę, hobby, obowiązki i swoje sprawy, ale każdy z Nas potrafi także znaleźć czas dla tej drugiej osoby. Nie potrzebujemy wymówek czy użalania się nad sobą. Jak ktoś naprawdę czegoś chce, to naprawdę nic nie stoi mu na przeszkodzie.

Doceniaj
Tak jak wspominałam CI na wstępie. Jeśli Ty możesz się pochwalić całkiem sporym portretem rodzinnym, gdzie uśmiech nie znika z Waszych twarzy po odłożeniu aparatu na bok - ciesz się i doceniaj to!  W tych czasach mieć dużą, prawdziwą rodzinę to wielki skarb. Jeśli jednak masz podobną sytuację do mojej, to również masz masę powodów do radości i nie masz się co smucić. Członkowie rodziny czy przyjaciele to tacy sami ludzie. Z tą różnicą, że rodzina zna Ciebie od urodzenia, a przyjaciele pojawiają się w na zupełnie różnych etapach Twojego życia. Ale nierzadko to Ci drudzy znają Ciebie, Twojego męża czy dziecko lepiej niż ta rodzina. Nie raz z ciotką na mieście miniesz się cichym "cześć" i oddalisz czym prędzej, a z przyjacielem spędzisz pół dnia na rozmowie i wciąż będzie Ci mało :)
Bez znaczenia na sytuację pamiętaj jedynie o jednym - doceniaj i dbaj o to, co masz, bo ze stratą takich osób możesz sobie wcale nie dać rady.
Copyright © 2016 Pewnamama , Blogger