Strach, radość i słoneczny optymizm :)

Wczorajszy piękny, słoneczny, wiosenny dzień zostanie w mojej pamięci, jako jeden z tych, o których warto pamiętać i które warto wspominać...

Do dnia porodu zostały 3 dni (niestety lub stety wiem od samego początku, że ze względu na pewne problemy jedyna możliwość porodu u mnie to - cięcie cesarskie), a w głowie zaczęło pojawiać się coraz więcej zmartwień, obaw i strachu.
Z jednej strony cieszę się, że wiem dokładnie, że tego i tego dnia jadę do szpitala i parę godzin później będzie już po wszystkim. Ale z drugiej strony ta świadomość też trochę przeraża.
W domu, wszystko na przyjście maleństwa gotowe, ale to, co zaczęło dziać się w głowie.... Jeden wielki mętlik...

Dziecko to była Nasza wspólna i przemyślana decyzja, czas ciąży - mimo początkowego kilkutygodniowego leżenia plackiem, mimo nieznośnych dolegliwości - był i jest czasem, który będę wspominać miło i z sentymentem. Mimo zdobytych już doświadczeń i posiadanej wiedzy po prostu zaczęło mnie to wszystko nieco przerażać..

Co to będzie?
Jak to będzie??
Czy sobie poradzimy???
Czy uda Nam się wspólnie stawić czoło czekającym na nas problemom????

Wiem, nie da się wszystkiego przewidzieć (A szkoda!) i przygotować, ale myśli, że zaraz pojawi się mała istotka, która w pełni będzie zależna od Ciebie, którą przez pierwsze lata będziesz kształtować Ty, są czasem przerażające.

Do tego jeszcze pobyt w szpitalu..... Uh.......!!!
Najgorsze dla mnie chyba jest to znieczulenie. Leżysz kilkanaście godzin, nóg nie czujesz.
Nie możesz wstać do własnego dziecka, przewinąć go.
Jesteś skazana całkowicie na pomoc pielęgniarek, położnej itp...
Mam taki charakter, że najlepiej mi jak zrobię wszystko sama, nie lubię być od kogoś zależna aż do tego stopnia..
Ten czas, w którym będę czekać aż znieczulenie minie, aż będę mogła stanąć na nogi...będzie dla mnie długim utrapieniem.
Chciałabym, żeby to już było za mną.
Chciałabym zobaczyć jak wygląda moje dziecko, przytulić je i usłyszeć, że wszystko jest w porządku..

Toteż z uwagi na całe to zawirowanie w mojej głowie, na chęć spędzenia czasu razem, na wczorajszą piękną pogodę, postanowiliśmy z Mężem przygotować jedzenie, zabrać koc pod pachę i ruszyć na spacer, złapać trochę słońca!

To był strzał w dziesiątkę! Spacer, relaks, łono natury :)
Tego było mi trzeba.
Tak jak rozmowy.
Zapomniałam już, że mój Mąż naprawdę świetnie mnie rozumie (a przynajmniej stara się i to widać) i potrafi choć troszkę rozwiewać moje największe wątpliwości.
Potrzeba mi było kogoś, kto mnie wysłucha; kogoś, kto mi powie kilka ciepłych słów i doda odwagi..

Zdaliśmy sobie sprawę, że to Nasz ostatni wspólny weekend, taki we dwójkę...
Nie czujemy z tego powodu żalu, zaczynamy nowy etap, który sami chcieliśmy.
Ale postanowiliśmy ten wczorajszy dzień wykorzystać na maxa.
Skupić się na sobie, pogadać tak o wszystkim i o niczym, pospacerować...
i powyobrażać sobie jak to teraz będzie :)

Naładowało mnie to jeszcze większą energią i optymizmem.
Wiem, że najbliższe kilka dni czy tygodni nie będzie łatwe, ale z pewnością sobie poradzimy.

Przecież jakoś to będzie :)






2 komentarze:

  1. Myślę, że takie obawy są naturalne. Świadczą w pewnym stopniu o naszej dojrzałości, bo chcemy dobrze zajać się ta małą istotka. Ja już teraz j mam. Może nie są tak intensywne, ale są. Jesszcze nie mam właściwie nic dla dzidzi i to tez mnie niepokoi, ale już w maju ruszam na łowy. Ostatnio tez zastanawiam sie nad znieczuleniem zewnątrzoponowym ( narazie biore pod uwage porod siłami natury), ale musze jeszcze podrążyć temat...

    OdpowiedzUsuń
  2. Piękna mamusia. :) Świetny blog. Zapraszam do siebie, my dopiero zaczynamy przygodę pisaniem http://kaszka-z-mlekiem.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję Ci za pozostawiony komentarz. Za każdym razem czuję się niezwykle doceniona :)

Copyright © 2016 Pewnamama , Blogger