Strach, radość i słoneczny optymizm :)

Strach, radość i słoneczny optymizm :)

Wczorajszy piękny, słoneczny, wiosenny dzień zostanie w mojej pamięci, jako jeden z tych, o których warto pamiętać i które warto wspominać...

Do dnia porodu zostały 3 dni (niestety lub stety wiem od samego początku, że ze względu na pewne problemy jedyna możliwość porodu u mnie to - cięcie cesarskie), a w głowie zaczęło pojawiać się coraz więcej zmartwień, obaw i strachu.
Z jednej strony cieszę się, że wiem dokładnie, że tego i tego dnia jadę do szpitala i parę godzin później będzie już po wszystkim. Ale z drugiej strony ta świadomość też trochę przeraża.
W domu, wszystko na przyjście maleństwa gotowe, ale to, co zaczęło dziać się w głowie.... Jeden wielki mętlik...

Dziecko to była Nasza wspólna i przemyślana decyzja, czas ciąży - mimo początkowego kilkutygodniowego leżenia plackiem, mimo nieznośnych dolegliwości - był i jest czasem, który będę wspominać miło i z sentymentem. Mimo zdobytych już doświadczeń i posiadanej wiedzy po prostu zaczęło mnie to wszystko nieco przerażać..

Co to będzie?
Jak to będzie??
Czy sobie poradzimy???
Czy uda Nam się wspólnie stawić czoło czekającym na nas problemom????

Wiem, nie da się wszystkiego przewidzieć (A szkoda!) i przygotować, ale myśli, że zaraz pojawi się mała istotka, która w pełni będzie zależna od Ciebie, którą przez pierwsze lata będziesz kształtować Ty, są czasem przerażające.

Do tego jeszcze pobyt w szpitalu..... Uh.......!!!
Najgorsze dla mnie chyba jest to znieczulenie. Leżysz kilkanaście godzin, nóg nie czujesz.
Nie możesz wstać do własnego dziecka, przewinąć go.
Jesteś skazana całkowicie na pomoc pielęgniarek, położnej itp...
Mam taki charakter, że najlepiej mi jak zrobię wszystko sama, nie lubię być od kogoś zależna aż do tego stopnia..
Ten czas, w którym będę czekać aż znieczulenie minie, aż będę mogła stanąć na nogi...będzie dla mnie długim utrapieniem.
Chciałabym, żeby to już było za mną.
Chciałabym zobaczyć jak wygląda moje dziecko, przytulić je i usłyszeć, że wszystko jest w porządku..

Toteż z uwagi na całe to zawirowanie w mojej głowie, na chęć spędzenia czasu razem, na wczorajszą piękną pogodę, postanowiliśmy z Mężem przygotować jedzenie, zabrać koc pod pachę i ruszyć na spacer, złapać trochę słońca!

To był strzał w dziesiątkę! Spacer, relaks, łono natury :)
Tego było mi trzeba.
Tak jak rozmowy.
Zapomniałam już, że mój Mąż naprawdę świetnie mnie rozumie (a przynajmniej stara się i to widać) i potrafi choć troszkę rozwiewać moje największe wątpliwości.
Potrzeba mi było kogoś, kto mnie wysłucha; kogoś, kto mi powie kilka ciepłych słów i doda odwagi..

Zdaliśmy sobie sprawę, że to Nasz ostatni wspólny weekend, taki we dwójkę...
Nie czujemy z tego powodu żalu, zaczynamy nowy etap, który sami chcieliśmy.
Ale postanowiliśmy ten wczorajszy dzień wykorzystać na maxa.
Skupić się na sobie, pogadać tak o wszystkim i o niczym, pospacerować...
i powyobrażać sobie jak to teraz będzie :)

Naładowało mnie to jeszcze większą energią i optymizmem.
Wiem, że najbliższe kilka dni czy tygodni nie będzie łatwe, ale z pewnością sobie poradzimy.

Przecież jakoś to będzie :)






czasem słońce....czasem deszcz

czasem słońce....czasem deszcz

Ostatnio u mnie..tak jak i w pogodzie :/

Czasem przepełnia mnie energia i nieopisana euforia...
Czasem wściekam się o byle co, wkurza mnie zlew pełen naczyń, krzywo ułożona firanka czy stolik, który stoi o 10 cm dalej niż ja bym chciała...
Oszaleć można!

Uświadomiłam sobie, że skoro Ja sama ze sobą od kilku ostatnich dni wytrzymać nie mogę, to co dopiero przechodzi mój mąż...?! Chyba mu nie ułatwiam życia..

Tak sobie właśnie myślę, że może i faceci nie wiedzą przez co my - Kobiety, przechodzimy w ciąży, (nie wiedzą co, to zgaga, mdłości, bolący kręgosłup, brzuch utrudniający normalne funkcjonowanie i tak dalej i tak dalej, bo wymieniać można by tu długo...) ale też im łatwo przecież nie jest...
Znajomi i rodzina dzwonią i dopytują o samopoczucie, lęki, strach, pracę, dom.........
A faceta nikt nie pyta, no może sporadycznie zdarzy się jakieś jedno czy dwa pytania.
W centrum uwagi jest tylko kobieta i oczekiwane dziecko.
To trochę niesprawiedliwe, tak myślę..

Takie mnie naszło, jak zaczęłam przyglądać się temu, co dzieje się w moim domu.
Mój mąż angażuje się od samego początku. Bardzo!
Od samego początku stara się być wyrozumiały, cierpliwy i pomocny. No jasne, że nie daje mi wejść sobie na głowę, co to, to nie :)

Próbuje zrozumieć moje szalejące hormony, moje zmienne nastroje, niespodziewany apetyt czy narastające obawy.
Stara się być kiedy go potrzebuję.

Przez większość czasu tego nie zauważałam, tylko ciągle marudziłam i wybrzydzałam.
Aż wstyd się przyznać!

Oczekiwałam bycia docenianą, a sama nie doceniałam za to wszystko własnego męża.
Wczoraj porozmawialiśmy, powiedziałam co myślę, doceniłam, podziękowałam..
To było bezcenne widzieć, zaskoczenie na Jego twarzy; widzieć, jak cieszy się, że jego wszystkie wysiłki w końcu zostały zauważone i docenione...

Pamiętajmy o Naszych mężczyznach i doceniajmy ich.
Owszem Oni nie muszą zmagać się z całym tym ciążowym zamieszaniem i nie męczą się tak, ale Ci, którzy starają się tak jak Mój mąż, zasługują na wielkie brawa i duże podziękowania!
Im też jest ciężko, sytuacja też jest dla nich nowa i też niełatwo im się czasem odnaleźć :)


Moja pielęgnacja ciała w ciąży.

Moja pielęgnacja ciała w ciąży.



Stan ciążowy wymaga od Nas - Kobiet, ogromnej wytrwałości, troski i systematyczności w pielęgnacji ciała.
Zmienia się Nasza waga, skóra rozciąga się coraz bardziej, a hormony szaleją.
Ja przed ciążą starałam się pielęgnować oczywiście swoje ciało, ale wiedziałam, że ciąża będzie wymagała ode mnie więcej poświęcenia.

Z doświadczenia wiem, co dzieje się z naszym ciałem w tracie nadmiernego rozciągania.
Mam za sobą mały sukces sprzed 3 lat, gdyż udało mi się schudnąć prawie 20 kg.
Nie byłam nigdy chuda, jednak mimo to szczególnych problemów z wagą nigdy nie miałam.
Ale parę lat temu zrezygnowałam z profesjonalnego uprawiania sportu, nawyki żywieniowe pozostały, a waga niestety strzeliła w górę.
W końcu się otrząsnęłam, ułożyłam sobie własny program ćwiczeń, własną dietę i uzbroiłam się w cierpliwość. Opłaciło się, gdyż po niecałym roku, stawanie na wadze nie było już dla mnie koszmarem.


Zachodząc w ciążę nie bałam się, że przytyję, zaokrąglę się tu i tam, bo wiedziałam, że odpowiednia dieta pomoże. Ważną rolę odgrywają również czynniki genetyczne i z tym wygrać się nie da, ale przecież mamy wpływ na to, czy impulsywnie sięgamy po 3 czekoladowe batoniki czy po 2 jabłka.
Oczywiście, każdy ma prawo do chwili słabości i uzupełnienia zapasów cukru, ale ważne jest to czy robimy to codziennie czy raz na jakiś czas.

Zachodząc w ciążę nie bałam się, że pojawi się cellulit. Owszem wygląda on nieapetycznie i brzydko, ale po zakończeniu ciąży, po rozpoczęciu odpowiednich zabiegów kosmetycznych i regularnej aktywności fizycznej da się z nim walczyć i go pozbyć. Wiem to z doświadczenia. Dlatego teraz mimo, że mój cellulit przybrał monstrualne rozmiary nie jestem tym bardzo załamana, bo wiem, że będę próbowała z tym walczyć.

Zachodząc w ciążę nie bałam się, że na mojej twarzy czy ciele pojawią się krosty, wypryski czy przebarwienia, ponieważ zdawałam sobie sprawę, że przy takiej burzy hormonów może być różnie. Jedyne co ja mogę zrobić, to stosować odpowiednie kosmetyki i być systematyczną. Po ciąży, po okresie połogu hormony się ustabilizują, i w końcu problemy z cerą znikną. Albo same albo przy niewielkiej pomocy kosmetyczki. Nie wymaga to dużych nakładów finansowych. Za to, nasza radość i poczucie własnej wartości i wyglądu znacznie się podniesie :)

ALE....zachodząc w ciążę bałam się strasznie jednego - ROZSTĘPÓW.
Wiem, że dla niektórych kobiet to żaden problem. Wiem, że dla niektórych to poniekąd powód do dumy, ślad, że ich ciało zdołało wydać na świat dziecko. Ale wiem też, że dla wielu jest to zmora ogromna. Nie podobają się sobie, wstydzą się wyjść na plażę, wstydzą się pokazać nago przed własnym mężem...
Tutaj niestety olbrzymią rolę odgrywają predyspozycje genetyczne, z którymi wygrać się nie da. Aczkolwiek przy zastosowaniu kilku sposobów, albo możemy ich uniknąć całkowicie, albo znacznie zminimalizować.
U mnie w rodzinie siostra, mama, ciocie - każda z nich zmaga się całe życie z problemem rozstępów. Jedynie ominęły moją babcię, i uznałam, że jest i dla mnie nadzieja :)

Moje ABC codziennej pielęgnacji ciała:


1. Rozstępy

Od 3 miesiąca ciąży (uwaga! są różne kremy niektóre można używać dopiero od 3 lub 4 miesiąca ciąży) zaczęłam regularnie stosować kremy przeciw rozstępom. Starałam się smarować codziennie wieczorem. Całe ciało. Całe, ponieważ rozstępy przy nadmiernym rozciąganiu się skóry mogą pojawić się wszędzie.
Dodatkowo około 2 razy w tygodniu robiłam peelingi ciała (wystarczy masaż gąbką - szorstka strona na nogi, uda; miększa strona na piersi i brzuch).
Robiłam też regularnie masaże, tutaj akurat niezwykle przydatny i pomocny okazał się mąż :)
Bacznie się obserwuję każdego dnia, rozstępów na razie nie widać. Zostaje jeszcze parę dni cierpliwości i mam nadzieję, że wygram :)

  

  


2. Cellulit

Odkąd zauważyłam, że się pojawia zaczęłam od czasu do czasu masować skórę zakupionym masażerem (roll-on), ale nie było to bardzo systematyczne, stąd pewnie ogromna jego ilość na moich udach i pośladkach.

 


3. Skóra twarzy

Na samym początku ciąży pojawiły się u mnie dość znaczne problemy z wypryskami. Wiedziałam, że niestety muszę to przeczekać. Codziennie wieczorem używałam płynu micelarnego i toniku do zmycia makijażu, następnie myłam twarz pianką łagodzącą, a na koniec używałam kremu na noc.
Rano po przebudzeniu przemywałam twarz tonikiem, następnie używałam pianki łagodzącej do mycia twarzy, potem nakładałam krem na dzień. Potem codzienny makijaż.
Raz lub dwa razy w tygodniu stosowałam również maseczkę oczyszczającą.
Przyznam, że tak całkiem regularnie zaczęłam wykonywać te czynności od momentu pojawienia się problemów z cerą na początku ciąży, ale przyniosły one efekt. Po około 2 miesiącach regularnego wykonywania tych czynności problemy zniknęły. Pojawiają się raz na jakiś czas.

            


            

               


4. Waga


Skłonności do podjadania słodyczy mam odkąd pamiętam :)
Jednak trochę udało mi się to opanować. Jak przychodziła mi ochota na słodkie, owszem pozwalałam sobie czasem częściej czasem rzadziej. Ale głównie starałam się pilnować i jeść produkty, które są zdrowe, ale przede wszystkim niezbędne do prawidłowego rozwoju płodu. Zatem bywały słodycze, bywało trochę produktów smażonych, ale szczególnie pojawiały się owoce, warzywa i posiłki pieczone lub gotowane. Wiedziałam też, że to ja będę musiała się potem męczyć ze zrzuceniem tych kilogramów, które zostaną jak już dziecko przyjdzie na świat :)
Uważam to za sukces, bo moja wola zwykle do najsilniejszych nie należała, jednak tym razem poniekąd mi się udało. Poród za parę dni a na moje wadze jest 14 kg więcej.
Byle tylko potem szybko wszystko spadło, na to właśnie liczę :)


Jeszcze troszkę i zamieszczę na blogu moja relację z walką z pociążowymi niedoskonałościami i kilogramami.
Trzymajcie kciuki!!! :)
Domowa sesja ciążowa - mój mały sukces! :)

Domowa sesja ciążowa - mój mały sukces! :)

Odkąd jakiś rok temu zaczęłam powoli planować ciążę snułam sobie różne plany na temat tego jak o siebie dbać, jak zmienić dietę, jakie książki jeszcze przeczytać czy jak udokumentować przebieg ciąży. Z natury jestem sentymentalna i lubię czasem móc miło powspominać przeróżne chwile..

Odkąd pamiętam zapalony ze mnie fotograf - amator. Jestem zdecydowanie z tej mniejszości co nadal uwielbiają robić, a potem wywoływać zdjęcia i układać je w albumach. (Chociaż ostatnio nawet przekonuję się do fotoksiążek, coraz bardziej mi się zaczynają podobać. Nawet kilku osobom zdążyłam już sprezentować). Niewątpliwie uwielbiam od czasu do czasu usiąść wygodnie na kanapie, przeglądać zdjęcia i miło powspominać...
Przeglądanie ich w komputerze zupełnie nie oddaje mi tej atmosfery i nie ma dla mnie takiego uroku :)

W związku z powyższym miałam oczywiście masę planów co do tego jakie zdjęcia można sobie robić podczas ciąży.
Miałam robić zdjęcia tydzień po tygodniu - nie wyszło.
Potem pomyślałam, że miesiąc po miesiącu - również nie wyszło.
I tak jeszcze kilka pomysłów pozostało zduszonych w zarodku.
Zaczęłam mieć sobie trochę za złe, bo zorientowałam się, że z całego okresu ciąży pozostaje mi jedynie kilkanaście zdjęć.. Pomyślałam, że to ostatni dzwonek na ogarnięcie się i zaczęłam buszować w Internecie w poszukiwaniu, niezwykle ostatnio modnych, sesji ciążowych. Zobaczyłam ceny i za głowę się złapałam...

I tak w mojej głowie zrodził się plan... :) Zrobimy sobie z mężem sami taką sesję ciążową!
Spędziłam w Internecie kilka godzin w poszukiwaniu inspiracji, przygotowałam miejsce w sypialni, naładowałam aparat i.....można było przystępować do dzieła.

Przyznam szczerze, że bałam się ogromnie, najbardziej tego, czy mój mąż będzie miał do mnie wystarczająco dużo cierpliwości, szczególnie, że zazwyczaj połowa zdjęć mi się nie podoba, jakiś szczegół mi nie pasuje itp.... Często przez to są zgrzyty między nami, ale spięliśmy się i muszę przyznać, że jestem ZACHWYCONA!!!

Ze wszystkimi zdjęciami zeszło się około 2,5 godziny, potem ja poświęciłam około 2 godzin na lekkie obrobienie zdjęć (kadrowanie, zmiana koloru, dodanie ramki itp.) i przyznam, że nie żałuję ani minuty. Nie dość, że spędziliśmy z mężem fantastycznie czas, to jeszcze w dodatku nie wydaliśmy na zdjęcia ani złotówki!

Polecam wszystkim przyszłym Mamom. Nie trzeba mieć super świetnego aparatu, wystarczy zarezerwować sobie trochę czasu we dwoje, poszukać inspiracji w Internecie i do dzieła!

A oto kilka z efektów Naszej wspólnej pracy:























Skąd wiadomo, że poród tuż tuż?!

Skąd wiadomo, że poród tuż tuż?!


Do porodu coraz bliżej, a ja coraz częściej spotykam się z pytaniami

- Boisz się?
- Skąd będziesz wiedziała, że się zaczyna?
- Nie boisz się, że nie zdążysz dojechać do szpitala?
- Wiesz co robić w razie czego?
- itp. itd...

No to przecież oczywiste, że się boję, zastanawiam i ciągle o tym myślę..!
To mój pierwszy poród, więc będę mierzyć się z zupełnie nowymi sytuacjami.. Wszystkie te pytania kłębią się w mojej głowie cały czas.. Nie ma przecież gotowego szablonu i schematu postępowania. Każdy poród jest inny.. Każda kobieta ma inne oczekiwania i przeżywa wszystko inaczej...

Ja jestem z tych ciekawskich, lubię wszystko wiedzieć, o wszystkim poczytać czy popytać znajomych... Jestem też z tych wrażliwych, co zawsze wszystko dwa razy bardziej przeżywają :)
Lubię być przygotowana na różne warianty, a to jest niestety jedna z tych sytuacji, do której w pełni przygotować się nie da. Więc cały czas pozostaje trochę lęk przed nieznanym :)

Przez ostatnie kilka dni przeszukiwałam internet i przeróżne artykuły związane z oznakami o zbliżającym się porodzie.
Postanowiłam się podzielić moją wiedzą.

Te które znalazłam to:

1. Obniżenie się brzuszka
Czasami dochodzi do obniżenia brzucha na kilka dni przed porodem, a czasami nawet 3/4 tygodnie wcześniej. Dzieje się tak, ponieważ główka dziecka schodzi do kanału rodnego i ustawia się do porodu. Obniża się przy tym dno macicy, co wiąże się również z tym, że dużo łatwiej oddycha się przyszłej Mamie.

2. Odejście czopa śluzowego
Na parę dni przed lub na parę godzin przed może zwiększyć się ilość wydzieliny pochwowej. Zwykle przybiera ona bezbarwną lub różowawą barwę. Nie ma tutaj powodów do paniki, świadczy to bowiem o tym, że wypada czop śluzowy, który przez całą ciążę chronił nasze maleństwo przed różnymi infekcjami. To powoduje, że szyjka macicy zaczyna mięknąć i powoli się skracać.

3. Odejście wód płodowych
Niewątpliwie oznacza to rozpoczęcie porodu. Nie wygląda to zwykle tak spektakularnie jak na filmach. Odejście wód płodowych może przybrać również formę powolnego sączenia.
U wielu kobiet do odejścia wód płodowych dochodzi dopiero w szpitalu przy pomocy lekarza, który sam przebija błony płodowe.

4. Zwiększenie ilości wydzieliny z pochwyNa kilka dni lub tygodni przed porodem może zmieniać się ilość i wygląd wydzieliny. Staje się ona obfitsza i gęstsza i może przypominać wyglądem galaretkę. Oprócz tego może pojawić się również różowe zabarwienie, ale nie znaczy to nic złego. Są to pękające drobne naczynka. Pękają one podczas skracania i rozwierania szyjki macicy.

5. Zmiana nastroju
Przed porodem możemy czuć się nieco dziwnie, nieco inaczej niż zwykle. U jednych kobiet będzie się to objawiało nagłym stanem euforii u innych przygnębienia. Jedne zaczną tryskać energią, podczas gdy inne nie będą miały siły, żeby wstać z łóżka. Mogą to być również dziwne uczucia kołatania serca lub niewyjaśniona nagła potrzeba mysia okien, szorowania podłóg czy robienia zakupów. To najzupełniej normalne i może oznaczać, że poród tuż tuż.

6. Biegunka/WymiotyTak jak normalne jest zwiększenie lub zmniejszenie apetytu, tak normalne jest również występowanie biegunki lub wymiotów przed porodem. To organizm oczyszcza się i przygotowuje na wydanie dziecka na świat.

7. Rozwarcie szyjki macicy
Im dziecko bardziej naciska i rozpiera kanał rodny, tym szybciej może spowodować wypadnięcie czopa śluzowego, odejście wód płodowych i rozwieranie się szyjki macicy. Szyjka skraca się przygotowując do porodu. Może temu towarzyszyć również drobne krwawienie lub pojawienie się plamek krwi.

8. SkurczePierwsze skurcze mogą pojawić się już n początku III trymestru i mogą być całkowicie bezbolesne.
Następnie pojawić się mogą skurcze przepowiadające, ale są one dość słabe, delikatne, nieregularne i nie powodują rozwierania szyjki macicy,
Te przed samym porodem zazwyczaj zaczynają się od górnej części brzucha a kończą na odcinku lędźwiowo - krzyżowym. Pierwsze skurcze trwać mogą od 15 do 30 sekund i stopniowo będą się wydłużać, przerwy między nimi natomiast skracać.

9. Ból pleców,  brzucha, pachwinMoże pojawić się ból brzucha, często przypominający ten w trakcie miesiączki. Ponadto występują bóle krzyżowo - lędźwiowe o różnym natężeniu oraz bóle w pachwinach. Dzieje się tak, gdy główka dziecka zaczyna Nam uciskać nerwy w kanale rodnym.

10. Częstsze wizyty w toalecie
Obniżenie dna macicy i wstawienie się dziecka do kanału rodnego powoduje zwiększony nacisk na pęcherz, przez co Nasze wizyty w toalecie staja się coraz częstsze i częstsze...

11. Nieznaczny spadek wagiZmniejszony apetyt lub występujące wymioty czy biegunki mogą spowodować, że przed samym porodem wystąpi nieznaczny spadek wagi. Zwykle wynosi to od około 0,5 do 1 kg.

12. Zmiana intensywności ruchów dzieckaZejście dziecka do kanału rodnego sprawia, że ma ono dużo ciaśniej niż wcześniej. Może to spowodować ograniczenie ruchów dziecka i sprawić, że będzie ono kopać nieco delikatniej lub mniej się ruszać i przeciągać.

13. Zwiększenie lub zmniejszenie apetytu
Przed porodem może się zdarzyć, że przyszła Mama mogłaby jeść i jeść. Za dwoje, za troje lub nawet za czworo... Organizm w ten sposób magazynuje energię, która będzie potrzebna na czas porodu.
Bywa także zupełnie odwrotnie, wcześniej przyszła Mama miała apetyt a tuż przed porodem nie ma na nic ochoty, nie może nic przełknąć.
Zarówno jeden, jak i drugi syndrom jest całkowicie normalny.


Ja u siebie niektóre z oznak zaobserwowałam, niektóre będę mogła potwierdzić lub wykluczyć na dzisiejszej wizycie u lekarza. Intuicja mi podpowiada, że stanie się to szybciej niż lekarz przewidział.
Pozostaje jedynie uzbroić się w cierpliwość i czekać na to, co czas pokaże :)

Pamiętajcie przyszłe Mamy, że to są tylko niektóre z oznak zbliżające się porodu. Poza tym na pewno nie wystąpią one wszystkie na raz. Jedne kobiety zaobserwują u siebie 3 inne 8 a jeszcze inne 5. Nie ma na to reguły, ponieważ każda z Nas jest inna.
Najważniejsze jest, żeby nie ignorować ich, a jeżeli wydarzy się coś co kogoś zaniepokoi to należy niezwłocznie skontaktować się z Naszym lekarzem prowadzącym lub jechać do najbliższego szpitala.
W takiej sytuacji, gdy chodzi o zdrowie Nasze i Naszego dziecka lepiej dmuchać na zimne. Zdecydowanie lepiej jechać do szpitala czy zadzwonić 3 raz do lekarza, by uspokoił, że jeszcze nic się nie dzieje i nie należy się martwić, niż otrzymać pomoc za późno!

:)

7 lat...i co dalej? :)

7 lat...i co dalej? :)

7 lat to kaaawał czasu - dla jednych.
7 lat to krótka chwila - dla innych.

A dla mnie?

7 lat! Tyle jesteśmy razem z moim Mężem.
Zaczynaliśmy się spotykać, jako para "dorosłych smarkaczy".
Ci, co wszystko wiedzą najlepiej, zbuntowani, wybuchowi, bez specjalnego planu na życie.

Dzisiaj, z perspektywy czasu jestem pod ogromnym wrażeniem tego, jak udało Nam się dorosnąć. W ciągu tych 7 lat wydarzyło się masę rzeczy, życie stawiało Nas w wielu przeróżnych sytuacjach.
Bywały kłótnie, rozstania, powroty....... Bywały chwile radości, szczęścia, sukcesów....
Wszystko to, co się wydarzyło przez te lata miało ogromny wpływ na to, kim teraz jesteśmy i w jakim znajdujemy się miejscu.

Z czego cieszę się najbardziej?

Po tylu różnych wzlotach i upadkach, wiem jedno, że to właśnie z moim mężem, a nie z kimś innym, jestem szczęśliwym człowiekiem. Są chwile kłótni, są chwile słabości, ale przez te wszystkie lata uczyliśmy się siebie nawzajem (i uczymy się nadal, to akurat niekończący się proces), uczyliśmy się dawać sobie wzajemnie wsparcie, opiekować się sobą w trudnych chwilach, być zawsze obok siebie..
Nie zawsze było łatwo i kolorowo. Bywało, że tygodniami złościliśmy się na siebie i nie potrafiliśmy ze sobą rozmawiać. Niby dwie najbliższe osoby, a mimo to, zawsze jedna chciała być górą..

Teraz jest zupełnie inaczej.. Przeszliśmy długą drogę, mieliśmy okazję wyciągnąć wiele wniosków. Od Nas tylko zależało czy wykorzystamy to dla dobra Naszego związku. I wygląda na to, że udało się. A przynajmniej jesteśmy na dobrej drodze :)

Kłótnie i sprzeczki w związkach będą zawsze (zresztą moim zdaniem to działa również korzystnie w  związku na oczyszczenie atmosfery), ale najważniejsze jest traktować się zawsze z szacunkiem i nauczyć się ze sobą rozmawiać.
W teorii brzmi to łatwo, gorzej wcielić w codzienne życie, ale wystarczy trochę chęci i samozaparcia. Przecież każdy to robi dla własnego dobra.

Wiem, że wiele jeszcze przed Nami wyzwań i zupełnie nowych sytuacji, ale jestem gotowa stawić temu czoła i starać się dla dobra mojego związku..

Moje 5 najważniejszych zasad niezbędnych dla szczęśliwego związku:

1. Nauczyć się rozmawiać (o wszystkim i o niczym)
2. Dawać sobie trochę czasu dla siebie (każdy czasem potrzebuje choćby 5 minut w samotności)
3. Pokazywać sobie nawzajem, że Nam na sobie zależy (doceniać, komplementować, zaskoczyć)
4. Mieć jakieś wspólne zainteresowanie, hobby, pasje (cokolwiek, co będzie sprawiało Nam radość - bieganie, jazda na rowerze, pływanie, a może zbieranie grzybów) :)
5. Nie traktować się jak wrogów! Szanować się, ale też zawsze stać za sobą murem (tego chyba najbardziej czasem brak, a jest to niezwykle potrzebne).

Z moich obserwacji wynika, że większość par w tych czasach żyje coraz bardziej osobno. Każde zajęte "swoim" życiem, zatopione we własnych myślach, skupione na własnej pracy.. Ludzie coraz mniej rozmawiają ze sobą, coraz mniej korzystają z życia..
Może ja jestem zbyt aktywna i usiedzieć w jednym miejscu na ogół nie mogę, ale niektórzy żyją w sposób tak pasywny, że ja całkowicie tego nie rozumiem. Życie przecieka im między palcami, skoncentrowani głównie na plotkach o życiu innych, na pilnowaniu by nie opuścić kolejnego odcinka serialu w telewizji.. żyją tak z dnia na dzień, nic nie planują, nic nie robią, stoją w tym samym miejscu...

Trochę mi szkoda takich ludzi...
jest tyle pięknych miejsc, które mogliby zobaczyć;
tyle fantastycznych rzeczy, których mogliby się nauczyć;
tylu nowych ludzi mogliby poznać;
Wystarczy zacząć trochę korzystać z tego życia, bo mamy je tylko jedno, i najzwyczajniej w świecie zacząć dostrzegać, że życie czasem samo podsuwa Nam pod nos wspaniałe okazje do wykorzystania. Wystarczy zacząć dostrzegać pewne małe, drobne rzeczy i widzieć coś więcej niż tylko czubek własnego nosa!
Na początek warto na przykład zacząć myśleć pozytywnie i zacząć postrzegać życie w większej ilości kolorów niż tylko czarny i biały!

Trzymam mocno kciuki za wszystkich i za każdego z osobna, aby po pierwsze znalazł swoją drugą połówkę i po drugie, aby się cieszył i korzystał z życia, tak by za parę lat nie żałować, bo czasu cofnąć się nie da! :)



Czas pakowania walizek...


No i stało się....nadszedł czas pakowania walizek.  Mimo, że nie mogę się doczekać chwili przyjścia na świat mojego maleństwa to moment pakowania walizek nieświadomie odkładałam nieco w czasie. Przejrzałam stronę szpitala, kilka artykułów, posłuchałam opinii Mam, które poród mają już za sobą i bogatsza o nową wiedzę wyruszyłam na zakupy.
Niezbędne ubranka, kosmetyki i akcesoria dla dziecka znalazły się bez najmniejszego problemu. W zasadzie wybór jest przeogromny, warto najpierw w domu na spokojnie zapoznać się z ofertą rynkową, przeczytać o wadach i zaletach danych produktów i wyruszyć na zakupy z niejakim rozeznaniem. Inaczej może się to skończyć chodzeniem godzinami po sklepach i bólem głowy :)
I o ile właśnie z dostępem akcesoriów do wyprawki niemowlęcej nie ma problemów, to byłam zaskoczona, bo dla mnie skompletowanie niezbędnych rzeczy do szpitala stanowiło problem ogromny! Znalezienie kosmetyków, majtek i wkładów poporodowych czy wkładek laktacyjnych problemu nie stanowiło; znalezienie odpowiedniej koszuli i piżamy było ciut uciążliwe; to już prawdziwym problemem było znalezienie odpowiednich bluzek do karmienia. Odpowiednich, czyli zarówno takich w których nie będę musiała czuć się jak w worku po ziemniakach i takich w przystępnej cenie. Albo ja pechowo wybrałam nieodpowiednie sklepy albo oferta adresowana do przyszłych mam jest stanowczo zbyt uboga. Po długich poszukiwaniach w końcu udało mi się kilka sztuk bluzek kupić i zakupy można było zakończyć. To były chyba pierwsze zakupy w moim życiu, które chciałam jak najszybciej skończyć :) Ból kręgosłupa i stóp zdecydowanie ich nie ułatwiał...

Kiedy zakupy zostały w pełni zakończone, można było przystąpić do pakowania.

W walizce dla maluszka znalazły się:
- paczka pieluszek jednorazowych typu "new born"
- pieluszki tetrowe 4 szt.
- komplety ubranek (pajacyk, kaftanik + półśpiochy, itp.) 5 kompletów
- czapeczki (nie zawiązywane) + łapki na rączki 2 szt.
- ręcznik (choć to nie jest niezbędne)
- rożek
- kocyk
- szczotka do włosów dla niemowlaka
- kosmetyki (sól fizjologiczna, gaziki, chusteczki, chusteczki nawilżane, oliwka, krem do pielęgnacji pupy)

W walizce dla mnie są:
- koszula
- 2 bluzki do karmienia + legginsy
- szlafrok
- 2 ręczniki (duży i mały)
- chusteczki, papier toaletowy
- 2 staniki do karmienia
- majtki (najlepiej pełne i z wyższym stanem), skarpetki
- majtki poporodowe, wkłady poporodowe (chłonne), wkładki laktacyjne
- kapcie, klapki pod prysznic
- kubek, sztućce
- przybory toaletowe, podstawowe kosmetyki
- jasiek
- ładowarka do telefonu, książka, aparat
- woda mineralna niegazowana

Każdy szpital powinien mieć na swojej stronie spis niezbędnych i potrzebnych rzeczy na czas porodu i po nim. Warto to sprawdzić, żeby niepotrzebnie się potem nie stresować.
Pamiętajmy także o rzeczach, które potrzebne będą na wyjście ze szpitala dla Mamusi i Maluszka.
Ubranie dla Mamy i w zależności od pogody kombinezon lub kurteczka dla Dziecka.

I oczywiście obowiązkowo musimy być zaopatrzeni w fotelik samochodowy przystosowany do przewożenia niemowląt. Skrajnie niebezpieczne i nieodpowiedzialne jest przewożenie dzieci na kolanach, obojętnie czy ze szpitala do domu mamy 700 m czy 25 km itp.
Tu przecież chodzi o bezpieczeństwo!!!

A Wy drogie Mamy miałyście problem ze spakowaniem swoich walizek do szpitala?
Może jest coś o czym zapomniałam lub powinnam wiedzieć?
Chętnie przeczytam o Waszych doświadczeniach i posłucham Waszych rad!
Piszcie śmiało :)

Czas Świątecznych inspiracji

Czas Świątecznych inspiracji


Tegoroczna Wielkanoc zdecydowanie bardziej swoją pogodą przypomina Boże Narodzenie. Wcześniejsze ciepłe i słoneczne dni zdążyły już narobić nadziei na piękne i wiosenne Święta, spacery i łapanie promieni słonecznych. No, ale cóż..... "kwiecień plecień poprzeplata, trochę zimy trochę lata..." Trzeba zatem uzbroić się w cierpliwość i czekać na to, aż wiosna zdecyduje się na dłużej zagościć :)

Uświadomiłam sobie, że to Nasze ostatnie Święta spędzane "we dwójkę". Ostatnie trzy tygodnie, zanim wszystko się zmieni, dni staną się krótsze, noce dłuższe, portfel chudszy ale dom zdecydowanie szczęśliwszy!!! :)

Co prawda moje poruszanie się bardziej przypomina skrzyżowanie robota z kaczką, a przynajmniej tak się czuję, a samopoczucie raczej plasuje się poniżej poziomu zadowolenia przez ciągłe zmęczenie, ale na szczęście nie przeszkodziło mi to w szukaniu świątecznych inspiracji zarówno żeby upichcić co nieco jak i wprowadzić trochę wiosny do domu. Zmotywowało mnie to, że zostałam zobligowana wcześniejszymi obietnicami i mam przygotować dzisiejszy obiad dla Rodzinki.

I tak na stole wyląduje rosół, pyszna pieczona kiełbaska (znaleziona na blogu "Smaczna Pyza" - link do przepisu -> http://smacznapyza.blogspot.com/2012/04/biaa-kiebasa-pieczona-z-cebula.html) z pieczonymi ziemniaczkami i surówką z kiszonej kapusty. A także kilka tradycyjnych sałatek, własnej roboty wędzone wędlinki i oczywiście jajka faszerowane pieczarkami.
Do tego nie mogło zabraknąć baby Wielkanocnej i Mazurka. Z Mazurkiem mierzyłam się pierwszy raz, ale po wcześniejszym konsumowaniu, część Rodzinki była w pełni usatysfakcjonowana :)

Pozostaje mi mieć teraz nadzieję, że siły mnie nie opuszczą aż do porodu, bo leżenie w łóżku nie jest moją najmocniejszą stroną. W głowie kłębi mi się za dużo pomysłów, co nie pozwala mi na spokojne leżenie i relaks. Staram się chociaż zdrzemnąć czasem w ciągu dnia, dopada mnie niesamowite zmęczenie, ale wystarczy godzinka drzemki i energia rozpiera mnie na nowo.
Liczę optymistycznie na to, że po porodzie też uda mi się zorganizować czas tak, aby wszystko pogodzić i znaleźć czas choć na krótką drzemkę :)















A Wam Wszystkim (nieco późno, więc bardzo przepraszam!), ale życzę wszystkiego dobrego, zdrówka przez okrągły rok, smacznego jaja, mokrego dyngusa i wszystkiego o czym marzy każdy z Was z osobna!
Wesołych Świąt i wiosny w sercach przez okrągły rok!!! :)
Copyright © 2016 Pewnamama , Blogger