Wszechobecna znieczulica?

Święta zawsze kojarzą się ze spokojem, radością, rodzinnymi chwilami no i... przejedzeniem :)?
Miniona Wielkanoc miała być taka sama jak każda inna. Jedyna różnica to taka, że z nami był jeden domownik więcej, Hanusia :)
Wszystko było zaplanowane, udało się fantastycznie zgrać i pogodzić wizyty u rodzin, po czym wszystko co mogło, poszło zupełnie nie tak :(




Koszmar Świąt Wielkanocnych

Zaczęło się w nocy z piątku na sobotę, od razu konkretnie, wymioty jedne, drugie, czwarte... Po kilku godzinach udało Nam się opanować sytuację, a wykończona Hania zasnęła i spała do 10 rano następnego dnia. Zrzuciliśmy wszystko na zatrucie rybą, mając nadzieję, że następny dzień będzie dużo lepszy niż miniona noc. Ranek nastał i wszystko zaczęło się od nowa. Konsultacja z lekarzem uspokoiła Nas, dostosowaliśmy się do zaleceń, poczyniliśmy stosowne zakupy w aptece i uzbroiliśmy się w cierpliwość. Mimo, że noc i poranek następnego dnia znów dały Nam nadzieję, że jest spora poprawa, po raz kolejny okazało się to złudne. Wycieńczona Hania na przemian wymiotowała, dostawała biegunki i spała. A my, coraz bardziej się martwiliśmy i zastanawialiśmy co robić!

By nie doprowadzić do straszliwych konsekwencji postanowiliśmy czym prędzej pojechać na najbliższy SOR. Przygotowani na najgorsze, pełni napięcia ruszyliśmy, chcąc jak najszybciej znaleźć się pod opieką lekarza.... Tego dnia ciążył nad Nami wyjątkowy pech! Około 5 kilometrów przed szpitalem kompletnie rozpi$%&*ył Nam się samochód. Przestał jechać i koniec, nic się nie dało zrobić. Wyobraź to sobie, ja stojąca z płaczącą Hanią, mój mąż pochylający się nad maską samochodu i próbujący przywrócić go do życia. Kompletnie się w tamtym momencie załamaliśmy. Brak jakiejkolwiek gotówki uniemożliwił Nam wszelkie telefony po taksówkę. Cała rodzina jakieś 20 kilometrów od Nas. Czy mogło stać się jeszcze coś gorszego?


Niespodziewane spotkanie

Chyba jednak tego dnia ktoś postanowił nad Nami czuwać, bo spotkała Nas cudowna sytuacja.
Mijające Nas samochody na drodze nie pozostawiały złudzeń, każdy gdzieś się spieszył. Pędził do rodziny, albo zmęczony wracał do domu. Nagle zatrzymał się mężczyzna. Podszedł spytać co się stało, jak może pomóc. Z mechanikiem łączyło go tyle wspólnego co mnie z zakonnicą, po prostu zobaczył, że coś się stało, stwierdził że nie mógł po prostu pojechać dalej.
Przez chwilę stałam i nie wierzyłam. Pan od razu zaproponował, że zboczy z trasy i zawiezie Nas do szpitala. Nie wahaliśmy się ani przez chwilę. Pod szpitalem chciał czekać, żeby z powrotem przetransportować mojego męża do samochodu. Nie chcieliśmy jednak by czekał w nieskończoność. Nie wiedzieliśmy co będzie z Hanią, jak długo Nam się zejdzie. Po tym jak podziękowaliśmy, chcieliśmy wziąć od tego człowieka numer telefonu by w jakiś sposób się odwdzięczyć.
Wywiązał się następujący dialog:

MM(mój mąż): Dziękujemy Panu jeszcze raz, bardzo Nam Pan pomógł!
P: Ale nie ma za co każdy by zrobił to samo na moim miejscu.

MM: Nie każdy. Podejrzewam, że nikt by się nie zatrzymał. Czy mogę wziąć od Pana numer telefonu? Chciałabym jakoś się odwdzięczyć, podziękować?
P: Nie ma mowy zrobiłem, to co powinienem, nie ma o czym mówić.
MM: Na pewno? 
P: Proszę Pana powiem tak, niech Pan pamięta, że ja Panu pomogłem i kiedy tylko będzie Pan widział, że ktoś w jakiejkolwiek sytuacji potrzebuje pomocy niech Pan zrobi dokładnie to samo!

Wiesz, miałam ochotę go w tamtej chwili uściskać. Mam świadomość jak wielka znieczulica wśród naszego społeczeństwa panuje. A zanim ktoś przyjechałby po Nas, minęłoby nieco czasu.
Dla Nas każda chwila była cenna, Hania była słabiutka a w momencie przyjęcia na SOR miała już 39 stopni gorączki. Nawet tragicznie długo nie czekaliśmy, przyjął Nas lekarz, zbadał i zlecił szybkie badania. Po kilku godzinach strachu, stresu i dwóch kroplówkach Hania zaczęła odzyskiwać siły. Do tej pory przez te 11 miesięcy obyliśmy się bez wizyt u lekarzy, chorób i antybiotyków. Tym razem wirus Nas pokonał. Dzięki szybkiej konsultacji telefonicznej z lekarzem, a po tym wizycie w szpitalu udało Nam się szybko zażegnać najgorsze. Lekarz po obserwacji pozwolił Nam wrócić do domu. Wróciliśmy po północy, ledwo żywi, ale szczęśliwi, że to, co złe mija.

Dzisiaj już Hania ma się dużo lepiej, każdego dnia zyskuje więcej sił. Nie mogę tego niestety napisać o Naszym samochodzie :)

Oby każde Nasze Święta odbywały się już bez żadnych przykrych niespodzianek! 
A Tobie życzę byś zawsze w potrzebie spotkał/a na swojej drodze takiego człowieka jak my, by zatrzymał się i pomógł całkiem bezinteresownie. I Ty również nie tłumacz się, że się gdzieś bardzo śpieszysz i nie masz czasu. Zatrzymaj się i pomóż, może wystarczy bardzo niewiele, a Twoja pomoc będzie niezwykle potrzebna!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję Ci za pozostawiony komentarz. Za każdym razem czuję się niezwykle doceniona :)

Copyright © 2016 Pewnamama , Blogger