#myfirst7jobs - podobno żadna praca nie hańbi!


Pierwsza praca
U jednej z blogowych koleżanek natknęłam się na hasztag #myfirst7jobs, czyli o tym jak wyglądało moje pierwsze 7 prac zarobkowych. Większość podobnych akcji zazwyczaj nie kręci mnie na tyle, żeby brać w nich udział, ale ta jest zupełnie inna. Nigdy nie oceniałam ludzi po tym, gdzie pracują. Uważam, że praca w markecie, ubojni, czy też jako kelnerka nikomu nie uwłacza w żadnym stopniu. Każda praca ma szansę Ciebie czegoś nauczyć. W każdej pracy masz szansę poznać cząstkę siebie, o której dotąd nie miałaś/eś totalnego pojęcia. Nie każdy rodzi się w rodzinie, w której rodzice i ich ustawieni znajomi otwierają szeroko ręce i podają jak na tacy szeroki wachlarz z ofertami pracy i kilkoma tysiącami miesięcznie do kieszeni. ALE! Każdy, tak Ty też, masz szansę własną ciężką pracą i doświadczeniem znaleźć pracę, która będzie nie tylko satysfakcjonowała Cię finansowo, ale również będzie tą, którą będziesz uwielbiać. Choć droga do tego może być czasem wyjątkowo długa, kręta i wyboista, to na pewno jesteś w stanie to osiągnąć.

W domu nigdy się nie przelewało. Nie miałam takich luksusów jak kieszonkowe. Sama musiałam zadbać o to, żeby zarobić na wyjścia z koleżankami i kolegami. Choć czasem zazdrościłam znajomym, to zaciskałam zęby i cieszyłam się z każdej możliwości zarobienia pieniędzy. Ambitny charakter, upór, konsekwencja i spryt tylko mi w tym pomogły. Pierwszy raz zaczęłam zarabiać regularne pieniądze, gdy byłam na przełomie gimnazjum i liceum. 

Sprzątaczka
Znajomi rodziców poszukiwali sprzątaczki do domu. Duży domek jednorodzinny. Szukali na już, poprzednia osoba odeszła nagle. Nie zastanawiałam się ani chwili. Z zapałem zaproponowałam, że mogę przychodzić. Choć propozycja im słabo pasowała, to zgodzili się wziąć mnie na próbę. Przychodziłam do nich kilka miesięcy, raz czasem dwa razy w tygodniu. Dodatkowo przed różnymi świętami obskakiwałam innych znajomych i myłam okna. Praca nie sprawiała mi jakiś strasznych trudności. Jeden dzień w tygodniu z miłą chęcią się męczyłam, żeby móc odkładać kasę na przyjemności :)

Zbieranie truskawek
O 4 rano wyjazd na pole. Od 5 zbieranie truskawek. Tłum ludzi, każdy jak najszybciej pędzi do krzaczków i zbiera truskawki. Nie mogą mieć dodatkowych listków, muszą być wszystkie dojrzałe, bez ogonków, same piękne czerwoniutkie z szypułkami. Płacili jakieś grosze od jednej łubianki. Pamiętam jak stanęłam na środku tego pola i z ogromnym podziwem patrzyłam na oko na 70 letnią (może nieznacznie młodszą) staruszkę, która zbierała te truskawki z taką szybkością, że sama tego nie byłam w stanie ogarnąć. Jak mały robocik. Ta praca miała być na całe wakacje. Jako jedna z wielu, których się podejmowałam, skończyła się szybciej niż przypuszczałam. To zdecydowanie nie było dla mnie.

Merchandiser
Czyli nic innego jak zwykły pracownik w markecie wykładający towar na półki. Wakacyjna praca między jedną klasą technikum a drugą. Dzień w dzień od samego rana do ostatnich minut wykładanie towaru na półki. Przekładanie. Układanie od nowa. Ściąganie przeterminowanych produktów i różne inne zajęcia. I jedna 15 minutowa przerwa na cały dzień. Niby nic trudnego, ale po całym dniu pracy wracałam tak zmęczona, że nie miałam już siły. Po dwóch tygodniach się nieco przyzwyczaiłam. Otuchy dodawał fakt, że byłam tam razem z koleżanką. Zawsze to przynajmniej jest do kogo buzię otworzyć. Najgorszym wspomnieniem była dla mnie inwentaryzacja. Liczenie trwało bez końca. Pomyliłam się, trzeba było liczyć od nowa. Coś się nie zgadzało, liczysz jeszcze raz. Czegoś brakuje, trzeba przetrząsnąć wszystkie półki i to znaleźć. Czas stał w miejscu a ja modliłam się, żeby wybiła już 6 rano.

Roznoszenia ulotek
W roku szkolnym możliwość pracy była jedynie w weekendy. Szukałyśmy więc razem z koleżankami w pobliżu naszego miasta ofert pracy. Najwięcej było ulotek. Po wstępnym przeanalizowaniu, gdzie nam najłatwiej dojechać i gdzie najwięcej zarobimy, wybierałyśmy najkorzystniejsze. Gdy pogoda dopisywała nawet nie odczuwałyśmy, że to praca. Chodziłyśmy we trzy, ploty, plotki, ploteczki nie miały końca, i co chwila wrzucałyśmy tylko ulotkę do skrzynki. I w dodatku dbałyśmy o szczupłe sylwetki. Potrafiłyśmy chodzić 10 godzin, więc trochę kilometrów wychodziło.

Hostessa
Gdy roznoszenie ulotek szło coraz marniej, postanowiłam spróbować sił jako hostessa. Pojechałam raz, drugi, dziesiąty. Wciągnęłam kilka koleżanek, ale na ogół jeździłam sama. Nie mam pojęcia jakim cudem nie zgubiłam się i nie przepadłam w Warszawie, skoro potrafię zgubić się na prostej drodze :) Ale udało się. Praca bywała masakrycznie ciężka. Stałam w różnych marketach. Czasem informowałam o promocji, czasem przeprowadzałam degustację, a czasem żeby zarobić musiałam zachęcić do kupna produktu określoną liczbę osób. Bywało, że wychodziłam z domu o 6 a wracałam o 20. Zazwyczaj maraton zaczynał się od popołudnia w piątek i trwał do niedzieli. Po powrocie padałam na twarz i z bólem wstawałam w poniedziałek rano do szkoły.

Niania
Szkoła się skończyła, rozglądałam się za studiami. Wybierałam się na studia zaoczne, więc zaczęłam poszukiwania pracy. Mieszkam w mieście, w którym wybór był i jest nieco ograniczony. Zaczęłam więc pracę jako niania. Choć odpowiedzialność ogromna!, to nie bałam się. Odkąd pamiętam różne dzieci lgnęły do mnie z wzajemnością. Pomysłów na zabawę miałam setki. Postanowiłam więc, że spróbuję. Przepracowałam tak naprawdę sporo. Nie skończyło się na pilnowaniu jednego dziecka. Praca naprawdę sprawiała mi ogromną przyjemność. W międzyczasie po skończeniu jednych studiów zaczęłam drugie, pedagogiczne. Wstawałam każdego dnia z uśmiechem na twarzy. Poznałam świetne dzieciaki i ich fantastycznych rodziców. Z niektórymi kontakt mam do dzisiaj. Ogromnie miło wspominam tamten czas.

Korpetytor
Uwierzysz, że w liceum nauczycielka ledwo postawiła mi 2 z angielskiego? Choć coś tam za każdym razem mi świtało, to tak przeraźliwie się jej bałam, że język odmawiał posłuszeństwa. Ledwo potrafiłam wyjąkać jakieś słowo. Przed ostatnią klasą poszłam na kurs angielskiego prywatnie. Tak bardzo nabrałam tam pewności siebie, że w ostatniej klasie u tej właśnie nauczycielki miałam na świadectwie 4+. Była w szoku, ja z resztą też :) Po kilku latach ktoś mnie poprosił o pomoc w nauce do matury. Wyśmiałam go. Po wynikach jakie ta osoba osiągnęła na maturze osłupiałam z wrażenia. Gdzieś tam w głowie zaświtała mi myśl, że może by tak dorobić. Choć obawiałam się bardzo to chętnych nie brakowało. Przychodzą do mnie do dziś. Poprawiają swój poziom znajomości języka, czego efekty widać w szkole, zdają maturę na wysokim poziomie, a ja dzięki temu cały czas mam styczność z językiem :)

Nie wstydzę się
To tylko część tego, gdzie mnie w życiu poniosło i gdzie dane mi było pracować. Choć nie każde miejsce wspominam z miłym sentymentem, to cieszę się, że miałam okazję tam być i zobaczyć jak to jest. Dzięki temu jestem właśnie w ty, a nie innym miejscu.  Nauczyłam się szanować każdą zarobioną złotówkę. Udowodniłam samo sobie, że mam silny charakter. Że jeśli mocno czegoś chcę, to prędzej czy później uda mi się to osiągnąć. Jestem właśnie na etapie, w którym ciężko pracuję na to, by spełnić swoje największe marzenie. A nawet połączenie dwóch. Mieć pracę, która jednocześnie będzie moją pasją. I wiesz co? Malutkimi krokami wciąż przybliżam się do celu. Wiem, że to się uda. Bo dlaczego miałoby być inaczej?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję Ci za pozostawiony komentarz. Za każdym razem czuję się niezwykle doceniona :)

Copyright © 2016 Pewnamama , Blogger