My, wielcy nieudacznicy - czy jest dla nas szansa?

Mijał rok za rokiem. Każdy łudząco do siebie podobny. Rozpoczynał się zupełnie niewinnie. Plany, marzenia, cele i pragnienia przelane zgrabnym pismem z głowy na czystą kartkę w kratkę. I co roku te same nadzieje, które z hukiem upadały po upływie niespełna trzech miesięcy. Nie miałam najmniejszego pojęcia, że te plany nie miały prawa zakończyć się dla mnie sukcesem.

Jak zostać nieudacznikiem?
Patrzyłam sobie na tą spisaną starannie listę i z całych sił pragnęłam żeby te moje cele w końcu się spełniły. Koleżanka poszła na kurs masażu - masaż wpisany na moją listę. Znajomy zaczął biegać - regularne biegi również dopisane. Ktoś nauczył się francuskiego - też chciałam, wpisane. A jeszcze inna osoba otworzyła własną firmę - marzenie wręcz nie do spełnienia, ale również znalazło miejsce wśród innych na liście. Wiesz co łączyło te wszystkie pragnienia? One tak naprawdę nie były moje. Byłam zazdrosna, że innym się wszystko udaje. Czułam się jak nieudacznik. Oni odnosili sukcesy, byli doceniani, los im ciągle sprzyjał. To nic złego się inspirować. To nie tak, że jak ktoś bliski właśnie rozpoczął naukę hiszpańskiego albo kurs lotnictwa to Ty już nie możesz. To może dać Ci akurat wielkiego kopa do działania. Ale pod jednym warunkiem - musisz tego naprawdę chcieć!

Postanowienia noworoczne

Znajdź swoją drogę
Rok 2016 był dla mnie rokiem przełomowym. Nie mam pojęcia czy ta wściekłość na siebie samą, czy regularne przebywanie z inspirującymi ludźmi czy może totalne przecouchingowanie się podczas serii kilku warsztatów. Może wszystko po trochu. Nie będę się nad tym zagłębiać. Jedno jest pewne, zmieniłam się nie do poznania. W końcu coś tyknęło, a ja weszłam na właściwą drogę. Moją drogę. Choć w głowie ciągle jeszcze masa pomysłów, choć i tak robię kilka rzeczy na raz, wszystkie uwielbiam. Nie straszne mi zarwanie nocy, a potem wstanie razem z pianiem koguta, no dobra może nie tak od razu, tylko po jakiś 3 budzikach, ale jednak :) Nie mam pojęcia czy wyczerpałam limit swojego pecha, a trwał on słowo! wiele długich lat, ale wiem że wiele się zmieniło odkąd po prostu uwierzyłam w siebie i przestałam się oglądać do tyłu. Jest masa rzeczy, których muszę się jeszcze nauczyć, które muszę zmienić i zrozumieć. Ale chyba to jest w tym wszystkim najważniejsze. Móc się realizować, znając już kierunek swojej drogi. Nie musieć tracić czasu na motanie się i walkę z samą sobą. Jestem przygotowana na porażki i przeszkody. Mąż w gotowości, a chusteczki w zapasie :) Ale to chyba normalna kolej rzeczy. Gdyby wszystko szło zbyt gładko, nie mielibyśmy tej satysfakcji osiągając kolejny poziom i przybliżając się do celu. Nieprawdaż?
Zatem z wielką ekscytacją i nieco drżącym głosem mogę powiedzieć: Uwaga Roku 2017 nadchodzę! Mam wobec Ciebie poważne plany, niecne zamiary i głęboko wierzę, że mnie nie zawiedziesz!
A Ty - przyłączysz się do mnie?

4 komentarze:

  1. Oczywiście, że się przyłącze i za każdym razem będę czytać twój bardzo mądry wpis! Mam nadzieję, że w końcu się zmotywuje i plany zrealizuje, ale ciężko z tym wstawaniem :-( Codziennie próbuję i nie wychodzi. CAŁUJEMY :-*

    OdpowiedzUsuń
  2. Super post! Bardzo odważny, ale prawdziwy! Podziwiam i pozdrawiam :))

    OdpowiedzUsuń
  3. Myśle, że presja to w przypadku realizacji celôw, zły doradca. Dobrze zasiąść i zastanowić się, co my w ogóle od tego źycia chcemy, to nie będzie milion odnośników, a pewno jeden dobrz sformułowany. I to chyba dobry początek interesującej drogi :). Pozdrawiam, Mamatywna,

    OdpowiedzUsuń
  4. Trzymam więc mocno kciuki za realizację Twoich planów! Ja mam zupełnie inaczej niż Ty, bo akurat nigdy nie spisuję sobie moich postanowień noworocznych. Może dzięki temu unikam smaku porażki? ;)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję Ci za pozostawiony komentarz. Za każdym razem czuję się niezwykle doceniona :)

Copyright © 2016 Pewnamama , Blogger